Chcę być blisko, ale kiedy ktoś naprawdę się zbliża…

Lęk przed bliskością – jak być blisko i nie stracić siebie?

Chcę być blisko, ale kiedy ktoś naprawdę się zbliża…

Chciała związku.

Nie przelotnej znajomości, nie relacji „zobaczymy, co z tego będzie”.

Chciała kogoś, z kim można dzielić codzienność. Kogoś, kto będzie pamiętał, jaką kawę lubi. Kogoś, do kogo można zadzwonić po trudnym dniu. Kogoś, kto będzie blisko.

Kiedy więc pojawił się Michał, przez pierwsze miesiące była szczęśliwa.

Lubiła, że pytał, jak minął jej dzień.

Lubiła wspólne wieczory.

Lubiła planować z nim weekendy.

Lubiła to, że chciał ją poznawać.

Po jakimś czasie zaczęło się jednak coś zmieniać.

Kiedy Michał pytał:

– Co będziesz dzisiaj robić?

myślała:

„Dlaczego muszę mu się tłumaczyć?”

Kiedy proponował:

– Może pojedziemy w sobotę do moich rodziców?

czuła irytację.

Kiedy pisał:

– Co u Ciebie?

czasami miała ochotę nie odpowiadać.

Coraz częściej potrzebowała być sama.

– On jest naprawdę dobrym człowiekiem – powiedziała kiedyś przyjaciółce. – Tylko… mam wrażenie, że jest go za dużo.

Przyjaciółka zapytała:

– A przecież właśnie tego chciałaś?

To pytanie zostało z nią na dłużej.

Bo rzeczywiście.

Chciała być blisko.

Tylko kiedy bliskość naprawdę się pojawiła, zaczęła potrzebować dystansu.

Kiedy bliskość zaczyna oznaczać utratę siebie

To doświadczenie może być bardziej złożone, niż się wydaje.

Możemy bardzo potrzebować bliskości i jednocześnie źle znosić jej konsekwencje.

Chcemy, żeby ktoś nas znał, ale kiedy zaczyna nas naprawdę poznawać, czujemy się zbyt odsłonięci.

Chcemy, żeby ktoś był obok, ale kiedy zaczyna być obecny w naszej codzienności, zaczynamy mieć poczucie, że zabiera nam przestrzeń.

Chcemy być ważni dla drugiej osoby, ale kiedy jej potrzeby zaczynają mieć znaczenie dla naszych decyzji, możemy poczuć, że tracimy wolność.

I wtedy pojawia się myśl:

„Potrzebuję więcej przestrzeni.”

Czasami rzeczywiście jej potrzebujemy.

Ale czasami warto zadać sobie jeszcze jedno pytanie:

Co właściwie oznacza dla mnie bliskość?

Czy oznacza, że muszę zrezygnować z części siebie?

Czy że powinnam zawsze uwzględniać drugą osobę?

Czy że nie mogę mieć własnego zdania?

Czy że kiedy kogoś kocham, powinnam chcieć tego samego, co on?

A może gdzieś w naszej historii bliskość i utrata własnej autonomii nauczyły się występować razem?

Symbioza – kiedy „my” zaczyna zastępować „ja”

W Analizie Transakcyjnej istnieje pojęcie symbiozy.

Nie chodzi tutaj o bliskość samą w sobie.

Bliska relacja nie jest symbiozą tylko dlatego, że dwoje ludzi bardzo się potrzebuje, dużo ze sobą rozmawia albo spędza razem czas.

W klasycznym rozumieniu Analizy Transakcyjnej o symbiozie mówimy wtedy, gdy dwie osoby funkcjonują w relacji tak, jakby wspólnie tworzyły jeden pełny system, a część możliwości jednej osoby jest przejmowana przez drugą.

Jedna może w większym stopniu funkcjonować z pozycji Dziecka, druga przejmuje funkcje Rodzica.

Jedna potrzebuje opieki.

Druga potrzebuje być potrzebna.

Jedna mówi:

„Nie wiem, co zrobić.”

Druga:

„Ja wiem. Zajmę się tym.”

Na początku może to dawać obu osobom coś bardzo ważnego.

Poczucie bezpieczeństwa.

Poczucie bycia potrzebnym.

Poczucie, że wreszcie ktoś jest.

Ale z czasem może pojawić się cena.

Bo jeśli jedna osoba coraz bardziej oddaje drugiej odpowiedzialność za siebie, a druga coraz bardziej tę odpowiedzialność przejmuje, obie mogą zacząć tracić coś ze swojej autonomii.

„Wreszcie ktoś mnie potrzebuje”

Symbioza nie musi od początku wyglądać jak problem.

Może być nawet bardzo przyjemna.

„Wreszcie mam kogoś, na kim mogę polegać.”

„Wreszcie ktoś mnie potrzebuje.”

„Wreszcie nie jestem sama.”

„Wreszcie nie muszę wszystkiego robić sama.”

To może być niezwykle kojące.

Szczególnie jeśli wcześniej nauczyliśmy się, że świat jest miejscem, w którym trzeba radzić sobie samemu.

Ale po pewnym czasie może pojawić się coś jeszcze.

„Dlaczego on beze mnie niczego nie potrafi?”

„Dlaczego wszystko jest na mojej głowie?”

Albo z drugiej strony:

„Dlaczego ona ciągle mówi mi, co mam robić?”

„Dlaczego nie mogę sama zdecydować?”

„Dlaczego czuję się jak dziecko?”

I wtedy to, co początkowo dawało poczucie bliskości, zaczyna być źródłem napięcia.

Kiedy bliskość zaczyna być trudna

Może właśnie dlatego niektóre osoby doświadczają dziwnego paradoksu.

Kiedy są same, bardzo tęsknią za bliskością.

Kiedy ktoś się pojawia, zaczynają się wycofywać.

Nie zawsze dlatego, że nie chcą kochać.

Nie zawsze dlatego, że „boją się bliskości”.

Czasami boją się czegoś bardziej konkretnego:

że w bliskości przestaną być sobą.

Że będą musiały zrezygnować ze swojego zdania.

Że zaczną żyć życiem drugiej osoby.

Że będą odpowiedzialne za jej emocje.

Że nie będą już wiedziały, gdzie kończy się „ja”, a zaczyna „ty”.

Wtedy wycofanie może być próbą odzyskania przestrzeni.

Problem w tym, że jeśli jedynym znanym sposobem odzyskiwania siebie jest oddalenie, relacja może zacząć wyglądać jak ciągłe przybliżanie się i odsuwanie.

„Chodź bliżej.”

„Nie, teraz za blisko.”

Jak być blisko i nie stracić siebie?

Być może jednym z ważnych doświadczeń w bliskiej relacji jest odkrycie, że można być jednocześnie blisko i osobno.

Mogę Cię potrzebować i nadal podejmować własne decyzje.

Mogę być ważną częścią Twojego życia, ale nie muszę być całym Twoim światem.

Możemy mieć wspólne plany i różne zainteresowania.

Mogę wiedzieć, co czujesz, nie będąc odpowiedzialna za to, żebyś zawsze czuł się dobrze.

Mogę powiedzieć:

„Potrzebuję dzisiaj pobyć sama.”

a Ty możesz usłyszeć to bez interpretowania:

„Już mnie nie kochasz.”

Możesz powiedzieć:

„Chcę spędzić wieczór z przyjaciółmi.”

a ja nie muszę słyszeć:

„Nie jestem dla Ciebie ważna.”

To wymaga czegoś więcej niż samej chęci bycia razem.

Wymaga możliwości pozostania sobą w relacji z drugim człowiekiem.

Pomiędzy „ja” i „my”

Może więc pytanie nie zawsze powinno brzmieć:

„Czy chcę być blisko?”

Może czasami warto zapytać:

„Czy potrafię być blisko i jednocześnie pozostać sobą?”

Bo bliskość nie musi oznaczać stopienia się z drugą osobą.

Nie musi też oznaczać ciągłego bronienia własnej niezależności.

Pomiędzy „tylko ja” a „tylko my” jest jeszcze przestrzeń, w której możemy powiedzieć:

„Jestem tutaj. Ty jesteś tutaj. I możemy być razem, nie przestając być sobą.”

Być może właśnie dlatego prawdziwa bliskość nie zawsze polega na tym, żeby być coraz bliżej.

Czasami polega na tym, żeby móc podejść bliżej bez konieczności znikania z pola widzenia samego siebie.

Bliskość w relacji – bez rezygnowania z siebie

W gabinecie spotykam osoby, które bardzo pragną bliskości, a jednocześnie w pewnym momencie zaczynają się od niej odsuwać.

Czasami mówią:

„Nie wiem, co się ze mną dzieje. Przecież właśnie tego chciałam.”

„Kiedy jestem sama, bardzo za nim tęsknię. A kiedy jesteśmy razem, potrzebuję uciec.”

„Chcę, żeby ktoś był blisko, ale kiedy ktoś naprawdę się zbliża, zaczynam czuć, że nie mam już miejsca dla siebie.”

Nie zawsze chodzi wtedy o to, że nie potrafimy być w bliskiej relacji.

Czasami dopiero uczymy się, że można być blisko drugiego człowieka bez rezygnowania z siebie.

Że można potrzebować.

Można zależeć.

Można być ważnym dla kogoś i pozwolić komuś być ważnym dla nas.

A jednocześnie nadal mieć własne zdanie, potrzeby, granice, zainteresowania i przestrzeń.

Być może właśnie tego potrzebujemy się nauczyć: nie tego, jak być mniej blisko, ale jak być blisko, nie tracąc siebie.